Main menu

#przygrywki – Blade Runner 2049, Prey i Don’t Strave

Przez ostatni tydzień wiele się nie działo. Byliśmy w kinie na Blade Runner 2049, kr4wi3c zabrał się za kończenie Prey, którego męczy z przerwami od premiery. Może w końcu uda mu się skończyć, wszak gra jest ponoć naprawdę dobra, chociaż wiele ze starszym bratem wspólnego nie ma. Alexa zaś stara się nie umrzeć z głodu.

Blade Runner 2049 [kr4wi3c]

Poprzedniego Łowcę Androidów oglądałem w kilku wersjach. Pierwszy raz w telewizorni lata temu, z głosem Deckarda podłożonym z offu. Nieco później wersję reżyserską, do której czasem wracam. I mimo, że już jest to stary film, to nadal robi niesamowite wrażenie. Duża w tym zasługa analogowych efektów specjalnych, które po latach nie wyglądają żenująco jak niejednokrotnie koślawe CGI dekadę później. Blade Runner AD 2017 to ewidentny hołd dla tamtego filmu. Oglądając początek miałem wrażenie deja vu. Podobne ujęcia, podobne kadry. Praktycznie kropka w kropkę następujące po sobie w tej samej chronologii. Do tego archaiczna muzyka w tle. Prawie jak w oryginale, nie sądziłem że uda się choć zbliżyć do Vangelisa, a jednak. Tego się nie spodziewałem. Podobnie jak i w poprzednim przypadku mamy tutaj zastosowane tradycyjne efekty specjalne powstałe w oparciu o zbudowane gigantyczne makiety uzupełniane znikomą ilością CGI. Wszystko to sprawia, że ten film wygląda jakby był z poprzedniej epoki. Wolne tempo opowiadania historii daje nam czas na chłonięcie poszczególnych ujęć, które są ucztą dla oczu. To jest właśnie takie kino si-fi jakie lubię, którego główny nacisk postawiony jest na opowiedzenie pewnej historii, a nie na tanie efekciarstwo przykrywające bzdurny scenariusz bez polotu. Najsmutniejsze jest to, że część ludzi podczas seansu wychodziła z kina. Możliwe, że to przez to, że film trwa prawie 3h, co może dla niektórych okazać się aż nadto. W dodatku nie jest to kino łatwe w odbiorze i przeznaczone dla widza mainstreamowego. Wielka szkoda, bo możliwe, że kolejna część może szybko nie powstać przez zbyt małą frekwencję. Czyżby historia się miała powtórzyć?

Prey [kr4wi3c]

Ta gra praktycznie nie ma nic wspólnego ze swoim starszym bratem prócz odziedziczonego tytułu. Zupełnie nowy pomysł, nowa fabuła i rozgrywka. Nic z tamtej nieco przewrotnej mechaniki z kapitalnym systemem mikroportali się nie ostało.  Znany tytuł miał być niczym innym jak tylko lepem, na który złapią się gracze liczący na powtórkę z rozgrywki i powrót do przeszłości. Mimo to to nadal dobra gra, która jest w stanie się sama obronić. A im bliżej mam do jej końca, tym bardziej mi się podoba. Po stacji orbitalnej możemy prawie swobodnie się poruszać, a dostęp do poszczególnych modułów ograniczony jest tylko przez posiadanie odpowiedniej karty dostępu; mnogość dodatkowych zadań pobocznych nie pozwala się nudzić, i odkrywa nowe wątki historii.

Prey nie jest zupełnie czymś nowym. To rozwinięcie tego co już znamy dobrze z  BioShocków. Podobnie jak tam, mamy bronie konwencjonalne oraz moce, które odblokowujemy w trakcie rozgrywki. Tutaj jednak spotkamy się z zupełnie innowacyjnymi i niekonwecjonalnymi przeciwnikami, mogącymi przybierać dowolne formy. Prowadzi to do sytuacji, że wchodząc do pomieszczenia musimy liczyć się z tym, że zaraz możemy zostać zaatakowani przez krzesło. Albo kubek. Fajny pomysł i rewelacyjne wykonanie.

Gra, jak każda nowa strzelanka, oparta jest o system checkpointów, jednakże w dowolnym momencie możemy zrobić save, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Szkoda tylko, że ilość slotów została ograniczona do 20.

Z głupszych błędów, na jakie się natknąłem podczas rozgrywki, to czasem się zdarzy przenikanie przez obiekty, najczęściej przez duże, które w momencie podnoszenia stają się transparentne i można przez nie przejść. Jak to jeszcze można przełknąć, to zupełnie nie rozumiem jak podczas testów nie wyszło to, że niektórzy wrogowie mogą nas ranić przez ściany. Serio? Ten głupi błąd sprawia, że gra jest momentami irytująca, bo giniemy w miejscu, w którym nie powinniśmy zginąć. Szkoda, że nadal to nie zostało poprawione, chociaż od premiery minęło już trochę czasu.

Don’t Strave [Alexa]

Ja wiem, że ta gra miała premierę już dawno, i dawno wszyscy zdążyli się nią nacieszyć. Ponieważ jednak wtedy mnie ominęła, a teraz wpadła w oko na parówkowej przecenie, postanowiłam się sprawdzić w tym survivalu.

Lekko psychodeliczna otoczka audiowizualna i zupełny brak podpowiedzi/tutoriali są chyba znakiem rozpoznawczym tego tytułu, dzięki czemu jest bardzo charakterystyczny (podobnie jak na przykład Darkest Dungeon, stworzony zresztą przez to samo studio).

Budzimy się w środku magicznego lasu, bez słowa wstępu czy wyjaśnienia. Od teraz wszystko leży w naszych rękach. Musimy sobie zapewnić podstawowe narzędzia, coś do jedzenia, drewno na opał, a także rozglądać się za surowcami, które zapewnią nam przetrwanie bardziej długofalowe (np złoża ze złotem niezbędnym do zbudowania machiny).

Umrzeć jest tu bardzo łatwo. Zgasło ci ognisko w środku nocy? You died. Skończyły się zapasy żywności? You died. Zaatakowałeś osę/pająka bez odpowiedniego przygotowania? You died. I tak dalej. Wszystkie czynności musimy podejmować z rozwagą, bo każda zła decyzja kończy się dla nas śmiercią permanentną, i musimy rozpoczynać całą przygodę od nowa. Nie jest jednak tak, że wszystko idzie na marne; po zgonie dostajemy punkty doświadczenia, zależne od ilości dni które udało nam się przeżyć, dzięki którym odblokowujemy kolejne postacie. Każda z nich ma specjalne właściwości i bonusy, więc rozgrywka nie będzie nudna. Możemy też właściwie dowolnie modyfikować to, co znajduje się na przygotowanej dla nas (losowo) mapie, jeśli więc ktoś chce sobie ułatwić (albo utrudnić) grę, nie ma problemu.

Póki co mój rekord to 8 dni (na ustawieniach domyślnych), ale jeszcze z tą grą nie skończyłam… Tytuł fajny, ale przyznam szczerze, że wspomniane wyżej lochy wciągały zdecydowanie bardziej.

Podziel się...Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0Share on Tumblr0Share on Google+0Share on Facebook2Email this to someone

Niepoprawny marzyciel, słuchający na codzień dziwnie nie wpadającej w ucho muzyki z gatunku tych ostrzejszych, grający z reguły we wszelkiego rodzaju FPS’y podszyte lekko warstwą cRPG ale nie pogardzający też cRPG pełną gębą oraz raz na jakiś czas jakąś przygodówką z rodzaju tych starszych.

Słów kilka o co chodzi

Napograniczu.net to gry, planszówki, filmy, książki, wydarzenia z perspektywy pary po trzydziestce.

Kontakt

Chcesz się z nami podzielić ciekawym tematem?
Robisz grę i chciałbyś żebyśmy o niej napisali?

Skontaktuj się z nami:

kontakt@napograniczu.net